|
|
|
|
|
 |
Bikerskie
zakończenie sezonu na Skrzycznym.
Jak na szanujących się bikerów przystało
postanowiliśmy zakończyć rok 2001 na bikach, w górach a
konkretnie w Szczyrku na Skrzycznym. Miało być extremalnie,
zjazdowo i odjazdowo. |
Co
prawda nie mogliśmy tego zrobić w Sylwestra (wcześniejsze
plany Sylwestrowe nie pozwoliły nam na to) ale wybraliśmy się
w góry w niedzielę, 30 grudnia. Zaczęło się tradycyjnie
od tego, że Czajnik (Wojtek) nie zdążył na pociąg. Wojtek
rzadko kiedy w ubiegłym sezonie (i nie tylko) potrafił zdążyć
na pociąg, a że pociąg to nie samochód i nie
poczeka.....niestety pojechaliśmy bez Czajnika (tu specjalne
pozdrowienia dla Czajnika – brakowało nam twoich wygłupów,
i życzenia – żebyś w przyszłym sezonie już się nie spóźniał,
bo ominą Cię taaaakie przygody). Pojechaliśmy więc w czwórkę
– Loki (Merida), Wojtek (GT) , Rafał (GT) i ja - Hono (Scott).
Dwa fulle kontra dwa hardtaile.
Na ten wyjazd zrobiliśmy sobie (dzięki
LOKI!) opony kolcowane, jednak jak się potem okazało w górach
było mnóstwo świeżego puchu i kolce nie za bardzo nam się
przydały. Sensację już zaczęliśmy wzbudzać na dworcu w
Zabrzu i potem w Katowicach (jednak u nas jeszcze w dalszym ciągu
rowery zimą i do tego w górach wzbudzają ogromną sensację),
a my nie wyobrażaliśmy sobie żeby można było sezon i rok
2001 zakończyć inaczej niż w górach. W Katowicach jak
zwykle na wysokości zadania stanęła PKP (chyba wszyscy to
znamy) i w składzie pociągu do Zwardonia nie było przedziału
„dla podróżnych z większym bagażem” za to był wagon
bagażowy a jak wygląda przewożenie bików tymi wagonami wie
każdy. I tak dojechaliśmy sobie do Łodygowic, a po drodze
widzieliśmy tylko jak „okolica za oknem” jest coraz
bardziej zasypana i biała. |
| W
Łodygowicach wyskakując z pociągu wpadliśmy od razu po
kolana w świeżo-spadły śnieg (według relacji „tubylców”
w nocy spadło go „tylko” 30 cm). Po drodze tradycyjnie już
...złapaliśmy kapcia (tym razem trafiło na mnie). Dojeżdżamy
do skrzyżowania w Buczkowicach, a tam...korek samochodów
(nagle pół narciarskiej Polski zapragnęło spędzić
Sylwestra w Szczyrku). Przewaga dwóch kółek pozwoliła nam
szybko rozprawić się z korkiem ( zdziwione twarze ludzi w
samochodach ) i dotrzeć pod dolna stację kolejki na
Skrzyczne. Tu tradycyjnie – kolejka do kolejki czyli tłum
ludzi chcących się dostać na górę. Nie byliśmy (bikerzy)
sami – pozdro dla chłopaków z Sosnowca i Będzina (Merida
– Bomber, Zaskar z EreŚciakiem i extremalny koleś z Psylo
bez rękawiczek i w cienkiej bluzie – nie było mu
zimno!!!), którzy do Szczyrku trafili na dłużej niż my.
Pojawił się też koleś z W-wy na Konie (Kona Staab), ale on
był poza nami – bo miał wejścia do kolejki, umowy z obsługą
kolejki itd |
 |
My
nie mieliśmy żadnych znajomości więc ustawiliśmy się do
kolejki....i spędziliśmy w niej następną godzinę. A w
kolejce „atmosfera bardzo sympatyczna” okładanie się
kijami narciarskimi, wciskanie się przed, przekleństwa itd.
Nasze kolce w oponach trochę nam pomogły, bo ludzie woleli
nie mieć z nimi (kolcami) zbyt bliskiego kontaktu. |
 |
Pogoda
zaczęła się robić nieciekawa – słońce gdzieś zniknęło,
zaczął wiać nieprzyjemny, zimny wiatr, zaczęło sypać
coraz mocniej śniegiem a widoczność im byliśmy wyżej tym
bardziej spadała do zera. Na górze nie było widać prawie
już nic. Extrema. Wymarzliśmy na kolejce strasznie,
poubieraliśmy na siebie wszystko co było możliwe – wyglądaliśmy
trochę jak Aliens z innej planety. I dawaj w dół –
wybraliśmy zjazd Ondraszkiem – to najdłuższa trasa na
Skrzycznym . |
| Hamulców
zero. Ludzi na stoku wręcz przeciwnie – dużo – jedni
spoglądali na nas z życzliwością i sympatią innym
przeszkadzaliśmy (cóż nie da się zadowolić wszystkich).
Było mnóstwo świeżego śniegu i ciągle jeszcze dosypywał
więc jazda odbywała się tylko wąskim przetartym przez
narciarzy i ratraki pasem, poza nim był tylko puch i tam jeździć
już się nie dało. |
 |
Po
drodze oczywiście mnóstwo gleb – Rafał nawet próbował
czegoś w rodzaju „lotu bez roweru między drzewa”, ale na
szczęście nie skończyło się to groźnie. Loki natomiast
przyczynił się do integracji naszego kraju z Unią Europejską
i omijając niemiecką narciarkę, która nagle pojawiła się
na jego drodze, lądował przez swoją kierownicę rozwalając
o nią (kierownicę, nie Niemkę) wargę. Polała się krew na
stoku. W efekcie Loki wrócił do domu z wargą jak Murzyn.
Zresztą Loki nie tylko w tym przypadku okazał się rycerski
– przy zjeździe czekał cały czas na mnie, czy jeszcze
„jestem cała, czy już dojechałam” i udzielał porad jak
najlepiej pokonać ten odcinek trasy (wielkie dzięki!).
Dojechaliśmy spoceni jak szczury do Hali Jaworzyna, otworzyliśmy
szampana, oblaliśmy przy okazji nas i nasze biki, wznieśliśmy
toasty „oby następny sezon był jeszcze lepszy...” Na
Jaworzynie spotkaliśmy gości z Łodzi – okazało się -
bratnie bikowe dusze, tylko tym razem bez bików za to na
snowbordach (jeden „maniak” miał nawet na swojej desce
naklejki Schwinna). |
 |
My
znowu kolejką na górę – i znowu replay. W końcu zjechaliśmy
na sam dół, chłopcy porobili jeszcze kilka fotek, ale przy
śnieżycy i przy zapadającym zmroku niewiele z nich wyszło.
Rafał zakończył niezbyt udanie dzień – chciał jeszcze
„tylko ostatni raz zjechać z tej ostatniej górki” i
zaliczył glebę, skasował przerzutkę i tylnie koło |
 |
Trochę
żałowaliśmy, że już robi się ciemno i zimno i trzeba
wracać do domu. Ale za trzy tygodnie znowu wrócimy tu albo w
inne miejsce w górach. Nie da się przez zimę wysiedzieć w
domu bez bika. Wilka ciągnie zawsze do lasu – a bikera –
w góry.
Autor: Hono (Psyloo)
Ekipa, tym razem w składzie: Sebastian
(Loki), Wojtek i Rafał. |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|