można pisać :)
cała zawartość serwisu w kilku słowach
o satyrze słów kilka
chyba najlepsze
dresiarzem być..
polityka-wdzięczny temat
zabawnie być alkoholikiem
różne okazje nawet bez okazji
sexualnie,erotycznie,prowokacyjnie i kto wie co jeszcze
w lewo i w prawo
cała reszta bez
tapety bez kleju
trochę parodii komiksowych itp
kilka znanych i nieznanych zmutowanych ołówkiem twarzy
rower, rower, rower itp
tych klientów nie obsługujemy
coś o górskich trasach, trochę recenzji
fakt faktem-rowerowe życie nie tylko na rowerze
o spotkaniach słów kilka
tia....taniej już nigdzie nie znajdziesz
rozdwojenie jaźni LEH XXL
indywidalne wzory malowane aerografem
design rowerowy-naklejki, koszulki i aerograf
coś o grafice komputerowej i praktycznym jej wykorzystaniu
 
Winter Trophy czyli jak zdobywano Halę Boracza ZIMĄ !!!

Wycieczka w rejon Hali Boraczej (Węgierska Górka – Żabnica Skałka – Hala Boracza – Lipowska – Rysianka – Złatna) opisana zresztą w I części „Najlepszych wycieczek na rowerze górskim” A.Michalika i W.Śliwińskiego należy do naszych ulubionych wycieczek w Beskidzie Żywieckim.Często tu bywamy – zazwyczaj tą trasą rozpoczynamy i kończymy sezon. Ale jeszcze nigdy nie byliśmy tu ZIMĄ.
Zresztą nawet nie mieliśmy specjalnie takiego zamiaru. Po prostu – wracając 16 listopada tego roku z Katowic do Zabrza Loki zapytał mnie kiedy znowu wybierzemy się w góry na bajkach? (Loki właśnie kupił sobie ramę Meridy Big Air\\\'a i już nie mógł wysiedzieć spokojnie na miejscu). Pogoda była niespecjalna – szaro, buro i zimno, ale odpowiedziałam, że ja mogę choćby w next week. O.K. nie ma sprawy – jedziemy 25 listopada. Stoi? Stoi. No to jesteśmy umówieni. Jeszcze telefony do Wojtka i Czajnika. Jedziemy. Nawet jakby śnieg padał ?(16 listopada nawet jeszcze nam się o śniegu nie śniło).Jasne, nawet jak będzie padał (chociaż nikt z nas w to nie wierzył). No, ale śnieg spadł, co więcej – padał i padał i było go u nas na Śląsku coraz więcej – ale twardo obstawaliśmy przy naszym pomyśle
Więc 25 listopada o 7 .00 rano (ciemno i zimno jak diabli) spotkaliśmy się w czwórkę pod blokiem Wojtka. Zapakowaliśmy nasze bajki na samochód Lokiego – kaski na głowę (zawsze tak jeździmy w samochodzie – dla jaj – w końcu jesteśmy bikerami czy nie?) i w drogę. Na ubierani byliśmy też nieziemsko, bo słupek rtęci zatrzymał się rano w okolicach – 7 stopni, ale poprzedniego wieczora „podgrzaliśmy się” oglądając u Lokiego 4 część „Krankeda”.
No to jedziemy – droga do Pszczyny była jeszcze dwupasmowa, za Pszczyną do Bielska był już tylko jeden pas, a od Bielska droga cała biała – zawieje i zamiecie. Niewiele samochodów mijało nas w ta paskudną pogodę – ale jeżeli już to z nartami na bagażniku, nie z BAJKAMI!!! Ludzie patrzyli na nas jak na wariatów ale nam humory dopisywały. No i tak na letnich oponach dotarliśmy do Węgierskiej Górki. Otwieramy drzwi samochodu – ZIMNO!!!! Strasznie ZIMNO!!! Ale raz kozie śmierć – wypakowaliśmy siebie i bajki i w drogi
Jedziemy z Węgierskiej Górki przez Żabnicę do Żabnicy Skałki. Jest nieźle tylko ślisko. Ale OK. Postój w Żabnicy – Skałce. Otwieramy szampana (no...dobra niech będzie – wino musujące) i oblewamy nowego bajka Lokiego i zakończenie sezonu rowerowego. Wokół krajobrazy wcale nie listopadowe – wiedzieliśmy , że w górach będzie śnieg – ale że aż tyle!!! Jest około 50 cm., na choinkach potężne czapy śniegu, okolica wygląda przepięknie – jak z kartki z napisem „Wesołych Świat i Szczęśliwego Nowego Roku.
Jest bajkowo. Ale trasa nie wygląda dalej już tak bajkowo jak krajobraz – podjazd na Halę Boraczą odbywa się w dwóch „rynnach” po śladach traktora, który musiał przed nami jechać do przysiółka. Męczymy się jak diabli, dojeżdżamy po 50 minutach (latem 15 minut) do Hali Boraczej. Ale do schroniska jeszcze kawałek. Teraz już nie ma żartów, śnieg pada ciągle, szlak nieprzetarty do schroniska (czujemy się jak pionierzy) i brniemy po kolana w śniegu. Tu już nie da się jechać, nawet nie da się bjków prowadzić. Bierzemy je na plecy. 200 metrów do schroniska robimy w całe, dłuuuugie 20 minut. No....wreszcie, jest. Czajnik wchodzi do środka i pyta gospodarza, czy możemy wnieść rowery do środka (co mają biedaki marznać na dworze;-), nawet nie przyszło nam do głowy komu chciałoby się kraść w taka pogodę rowery spod schroniska? Nie muszę chyba opisywać zdumionej miny właściciela schroniska i kilkunastu turystów, którzy siedzieli w jadalni. Wzbudziliśmy ogólne zainteresowanie.
Po gorącej herbacie i małym co nieco ruszamy dalej – nasz cel to schronisko na Lipowskiej a potem na Rysiance. Już cieszymy się na zjazd z Rysianki do Złatnej – nasz ulubiony, w dodatku tym razem to będzie snowdownhill!!! Niestety, szlak na Rysianke był „dziewiczy” zupełnie nieprzetarty, dalsza „jazda” na bajkach nie miała sensu, chociaż ja ciągle obstawałam przy tym żeby iść dalej (chłopaki, ale przecież ten zjazd z Rysianki – będzie miodzio!!!) Całe szczęście, że było w nich więcej rozsądku niż we mnie. Była godzina 14.00 (do zmroku dwie godziny), śnieg padał coraz mocniej i w ogóle robiło się nieciekawie. No to zawróciliśmy konie. Przez godzinę, którą spędziliśmy w schronisku śnieg zasypał już nasze ślady. Teraz nie było już śniegu po kolana, BYŁO PRAWIE PO UDA!!. Dotarliśmy do miejsca, gdzie można już było dosiąść bików i ...... jazda na dół......super!!!! Co chwilę wywalaliśmy się ale była przy tym masa śmiechu, bo takie wywrotki na śniegu, to prawie przyjemność. Dawaj!!! w 15 minut byliśmy na dole. Już koniec przyjemności? Pojechaliśmy sobie jeszcze jakieś 2 km w głąb doliny Żabnicy - ale tam już naprawdę głęboka zima – wszystko uśpione pod kołderką śniegu i zasypane.
Robiło się powoli szaro, więc wracamy do Węgierskiej Górki. Z drogi zrobiła się prawdziwa szklanka – gładko jak na stole, jechaliśmy max. 25 km/h a hamowanie odbywało się nogami inaczej – gleba! Moje przemarznięte nogi w przemoczonych butach i palce w dwóch parach przemoczonych rękawic dawały znać o sobie – już pawie ich nie czułam. Zrobił się do tego nieprzyjemny wiatr i znacznie spadła temperatura. Zastanawialiśmy się w którym miejscu teraz bylibyśmy, gdybyśmy zdecydowali się jechać na Lipowską. Pewnie zostałyby z nas cztery (sorry, osiem – my i rowery) trupy i dopiero na wiosnę spłynęlibyśmy ze śniegiem w doliny;-). Ale w Węgierskie Górce czekało na nas autko – za chwile zrobiło nam się ciepło, sucho, bezpiecznie.......
No i taka to była ta nasza pierwsza zimowa wyprawa w góry na bajkach. Ale nie ostatnia.
30.12. jedziemy na Skrzyczne zakończyć bikerski rok. Do zobaczenia w górach!
Autor: Hono ( Psyloo ) - Scott
EKIPA: Sebastian ( Loki ) - Merida Big Air, Wojtek ( Czajnik ) - Merida, Wojtek ( po prostu Wojtek ) - GT
.........::::::::::::::::::::Design Leh 2002:::::::::::Współpraca html i java Team Fargo::::::::::.............