|
|
|
|
|
 |
Winter
Trophy czyli jak zdobywano Halę Boracza ZIMĄ !!!
Wycieczka w rejon Hali Boraczej (Węgierska
Górka – Żabnica Skałka – Hala Boracza – Lipowska –
Rysianka – Złatna) opisana zresztą w I części
„Najlepszych wycieczek na rowerze górskim” A.Michalika i
W.Śliwińskiego należy do naszych ulubionych wycieczek w
Beskidzie Żywieckim.Często tu bywamy – zazwyczaj tą trasą
rozpoczynamy i kończymy sezon. Ale jeszcze nigdy nie byliśmy
tu ZIMĄ. |
| Zresztą
nawet nie mieliśmy specjalnie takiego zamiaru. Po prostu –
wracając 16 listopada tego roku z Katowic do Zabrza Loki
zapytał mnie kiedy znowu wybierzemy się w góry na bajkach?
(Loki właśnie kupił sobie ramę Meridy Big Air\\\'a i już
nie mógł wysiedzieć spokojnie na miejscu). Pogoda była
niespecjalna – szaro, buro i zimno, ale odpowiedziałam, że
ja mogę choćby w next week. O.K. nie ma sprawy – jedziemy
25 listopada. Stoi? Stoi. No to jesteśmy umówieni. Jeszcze
telefony do Wojtka i Czajnika. Jedziemy. Nawet jakby śnieg
padał ?(16 listopada nawet jeszcze nam się o śniegu nie śniło).Jasne,
nawet jak będzie padał (chociaż nikt z nas w to nie wierzył).
No, ale śnieg spadł, co więcej – padał i padał i było
go u nas na Śląsku coraz więcej – ale twardo obstawaliśmy
przy naszym pomyśle |
 |
Więc
25 listopada o 7 .00 rano (ciemno i zimno jak diabli) spotkaliśmy
się w czwórkę pod blokiem Wojtka. Zapakowaliśmy nasze
bajki na samochód Lokiego – kaski na głowę (zawsze tak jeździmy
w samochodzie – dla jaj – w końcu jesteśmy bikerami czy
nie?) i w drogę. Na ubierani byliśmy też nieziemsko, bo słupek
rtęci zatrzymał się rano w okolicach – 7 stopni, ale
poprzedniego wieczora „podgrzaliśmy się” oglądając u
Lokiego 4 część „Krankeda”.
|
| No to jedziemy
– droga do Pszczyny była jeszcze dwupasmowa, za Pszczyną
do Bielska był już tylko jeden pas, a od Bielska droga cała
biała – zawieje i zamiecie. Niewiele samochodów mijało
nas w ta paskudną pogodę – ale jeżeli już to z nartami
na bagażniku, nie z BAJKAMI!!! Ludzie patrzyli na nas jak na
wariatów ale nam humory dopisywały. No i tak na letnich
oponach dotarliśmy do Węgierskiej Górki. Otwieramy drzwi
samochodu – ZIMNO!!!! Strasznie ZIMNO!!! Ale raz kozie śmierć
– wypakowaliśmy siebie i bajki i w drogi |
Jedziemy z Węgierskiej
Górki przez Żabnicę do Żabnicy Skałki. Jest nieźle tylko
ślisko. Ale OK. Postój w Żabnicy – Skałce. Otwieramy
szampana (no...dobra niech będzie – wino musujące) i
oblewamy nowego bajka Lokiego i zakończenie sezonu
rowerowego. Wokół krajobrazy wcale nie listopadowe –
wiedzieliśmy , że w górach będzie śnieg – ale że aż
tyle!!! Jest około 50 cm., na choinkach potężne czapy śniegu,
okolica wygląda przepięknie – jak z kartki z napisem
„Wesołych Świat i Szczęśliwego Nowego Roku. Jest
bajkowo. Ale trasa nie wygląda dalej już tak bajkowo jak
krajobraz – podjazd na Halę Boraczą odbywa się w dwóch
„rynnach” po śladach traktora, który musiał przed nami
jechać do przysiółka. Męczymy się jak diabli, dojeżdżamy
po 50 minutach (latem 15 minut) do Hali Boraczej. Ale do
schroniska jeszcze kawałek. Teraz już nie ma żartów, śnieg
pada ciągle, szlak nieprzetarty do schroniska (czujemy się
jak pionierzy) i brniemy po kolana w śniegu. Tu już nie da
się jechać, nawet nie da się bjków prowadzić. Bierzemy je
na plecy. 200 metrów do schroniska robimy w całe, dłuuuugie
20 minut. No....wreszcie, jest. Czajnik wchodzi do środka i
pyta gospodarza, czy możemy wnieść rowery do środka (co
mają biedaki marznać na dworze;-), nawet nie przyszło nam
do głowy komu chciałoby się kraść w taka pogodę rowery
spod schroniska? Nie muszę chyba opisywać zdumionej miny właściciela
schroniska i kilkunastu turystów, którzy siedzieli w
jadalni. Wzbudziliśmy ogólne zainteresowanie. Po gorącej
herbacie i małym co nieco ruszamy dalej – nasz cel to
schronisko na Lipowskiej a potem na Rysiance. Już cieszymy się
na zjazd z Rysianki do Złatnej – nasz ulubiony, w dodatku
tym razem to będzie snowdownhill!!! Niestety, szlak na
Rysianke był „dziewiczy” zupełnie nieprzetarty, dalsza
„jazda” na bajkach nie miała sensu, chociaż ja ciągle
obstawałam przy tym żeby iść dalej (chłopaki, ale przecież
ten zjazd z Rysianki – będzie miodzio!!!) Całe szczęście,
że było w nich więcej rozsądku niż we mnie. Była godzina
14.00 (do zmroku dwie godziny), śnieg padał coraz mocniej i
w ogóle robiło się nieciekawie. No to zawróciliśmy konie.
Przez godzinę, którą spędziliśmy w schronisku śnieg
zasypał już nasze ślady. Teraz nie było już śniegu po
kolana, BYŁO PRAWIE PO UDA!!. Dotarliśmy do miejsca, gdzie
można już było dosiąść bików i ...... jazda na dół......super!!!!
Co chwilę wywalaliśmy się ale była przy tym masa śmiechu,
bo takie wywrotki na śniegu, to prawie przyjemność.
Dawaj!!! w 15 minut byliśmy na dole. Już koniec przyjemności?
Pojechaliśmy sobie jeszcze jakieś 2 km w głąb doliny Żabnicy
- ale tam już naprawdę głęboka zima – wszystko uśpione
pod kołderką śniegu i zasypane.
Robiło się powoli szaro, więc wracamy do Węgierskiej Górki.
Z drogi zrobiła się prawdziwa szklanka – gładko jak na
stole, jechaliśmy max. 25 km/h a hamowanie odbywało się
nogami inaczej – gleba! Moje przemarznięte nogi w
przemoczonych butach i palce w dwóch parach przemoczonych rękawic
dawały znać o sobie – już pawie ich nie czułam. Zrobił
się do tego nieprzyjemny wiatr i znacznie spadła
temperatura. Zastanawialiśmy się w którym miejscu teraz
bylibyśmy, gdybyśmy zdecydowali się jechać na Lipowską.
Pewnie zostałyby z nas cztery (sorry, osiem – my i rowery)
trupy i dopiero na wiosnę spłynęlibyśmy ze śniegiem w
doliny;-). Ale w Węgierskie Górce czekało na nas autko –
za chwile zrobiło nam się ciepło, sucho, bezpiecznie.......
No i taka to była ta nasza pierwsza zimowa wyprawa w góry na
bajkach. Ale nie ostatnia.
30.12. jedziemy na Skrzyczne zakończyć bikerski rok. Do
zobaczenia w górach! |
 |
 |
 |
|
|
|
 |
Autor:
Hono ( Psyloo ) - Scott
EKIPA: Sebastian ( Loki ) - Merida Big
Air, Wojtek ( Czajnik ) - Merida, Wojtek ( po prostu Wojtek )
- GT |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|