|
|
| WYPRAWA ROWEROWA -ADRIATYK, BALATON
2002r. |
| Pomysł na tą wyprawę (niewiadomo kiedy i przez kogo) został wymyślony, w gdzieś w maju. Kumpel miał małego doła i przed moim wyjazdem do Włoch, obiecałem mu, że jak wrócę w sierpniu na wakacje to pojadę z nim gdzieś na rowerze. Ktoś rzucił hasło "Adriatyk" i tak zostało. Gdy wróciłem początkiem sierpnia, ustaliliśmy dokładny termin wyjazdu na10-25.08. Wyznaczyłem trasę na komputerze i czekaliśmy wznosząc modły do boga wszystkich rowerzystów- Manitu o dobrą pogodę. Naszym celem było miasto Koper na Słoweni- wykąpać się, napić bira i zobaczyć zachód słońca nad Adriatykiem. Niektórzy (pozdrawiam wszystkich) mówili, że na tych rowerach i oponach (góral i fuul, opony 1.95 i 2.35) będzie ciężko, opory toczenia, amory pochłaniające energie i takie tam, tym podobne uwagi. My w swojej obronie mówiliśmy, że na cienkich oponach, rowery będą brzydko wyglądać:-}przygotowując się do tej wyprawy, zapakowaliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy- spodnie i bluza z długim rękawem, spodenki i koszulka na zmianę do jazdy, po 3 pary fuzekli i to co na sobie. Do tego mała apteczka, śpiwory, kalimaty, namiot i mały zestaw naprawczy- zupełne minimum. Tak się zaczęła nasza przygoda. Około 7 rano(pogoda lekko zachmurzona) stanęliśmy na starcie w Cieszynie ( fotka niestety nie wyszła}i jazda na pierwsze przejście graniczne, pierwsze pieczątki i zdziwienie celników, że na rowerach taki hektar. Po stronie czeskiej skierowaliśmy się na Słowację. Pierwsze 60km.poszło jakoś ciężko(5 godz.) ale potem to było "kranketne" tempo do 21.30 zrobiliśmy ogółem 180 km. Pierwszy nocleg przypadł 100 km. przed Bratysławą na ogródkach działkowych w gęstych chaszczach (nikt nic nie widział, nie słyszał- czeski film). |
Dzień 2.
Rano pobudka, humory dopisują, śniadanie, magnez i jazda, pogoda trochę się zmaściła, pojawił się wiatr (jak zwykle prosto w ryj) po drodze widoki (laski nebeske) góry >foto nr.1<itp. Dojechaliśmy do Bratysławy- tam deszcz, zimno i tak 2 dni, pogoda pod psem. Granica i jesteśmy w Austrii, ładne domy, trawniki przystrzyżone równiutko na 32mm;-}dużo kwiatów na przystankach autobusowych (u nas nie do pomyślenia) i co najważniejsze, wszędzie drogi rowerowe tak oznakowane i w takim stanie, że nasze drogi mają na noc. Wstyd przez wielkie "F". Niestety deszcz padał taki sam jak u nas (pozdrawiamy ekipę mc donaldsa, która musiała posprzątać ten syf i błoto po nas).Nocleg znaleźliśmy w miejscowości Krensdorf, pod zadaszonym wejściem kościoła, po rozgrzaniu się małym łykiem rumu i Sztoka (oba produkty zakupione na Słowacji:-) zasnęliśmy. |
Dzień 3.
Pobudka, pogoda nie zbyt wyraźna, po drodze jakieś śniadanie, miasteczka jak z obrazka życzliwi kierowcy. Nagle wyrosły góry i mega podjazd (zmora wszystkich bikerów) w okolicy Aspang,>foto nr.6< ciągnął się jak flaki w oleju @!&*$%~#@!!! Po drugiej stronie szczytu doznałem zawodu, zjazd był pod małym kątem, choć był długi ...Jeszcze parę górek i po krzyku. Tak liznęliśmy trochę Alp austriackich. Nocleg znaleźliśmy w kszaczorach parę kilometrów przed miastem Kaindorf. |
Dzień 4.
Dzień jak co dzień, tylko pogoda coraz lepsza. Dzisiejszy cel to Graz i Słowenia. Droga do samego Grazu wiła się w malowniczych okolicach, tereny lekko górzyste, >foto nr.9< ,a że miasto znajduje się w dolinie, zjazd był piękny. Nagle, mignął nam przed oczami znak 14% w dół. Dwa pasy w jedną stronę- coś pięknego!60 km/h pękło jak w formule 1. nagle mocny zakręt w prawo (brakło mi moich dwóch pasów, pożyczyłem trzeci, pusty na szczęście) a za zakrętem światła, hamowanie takie że na obręczach i tarczy można jajca sadzone smażyć. Graz miasto piękne, dużo rowerów (nic klimatycznego) zaparkowane luzem na chodnikach, nie ma amby, jest spokój, (u nas amba jest malutka i jej nie widać, ale ma DUŻE magazyny) to niemożliwe. Potem już do samej granicy bez żadnych przygód. Przejście, pieczątki, zdziwienie celników i Słowenia. Pierwsza wioska Sentilij, nocleg w ogrodzie za domem. |
Dzień 5.
Nie chce się wstawać, pogoda cyc-malina, dojeżdżamy do Maribor >foto nr.11< (myślałem, że na Słowenii dróg rowerowych nie będzie i się pomyliłem) Duże i piękne miasto, małe problemy z odnalezieniem właściwej drogi, tak zwanej starej cesty. Jazda doliną, widoczki na konkretne góry <foto nr.15> kilka małych, ale dobitnych pagórków (dwa razy podjazd 18%) namiot na nocleg rozbiliśmy w okolicy miasta Vransko, u podnóża gór koło rzeczki, kąpiel (czysta przyjemność i totalny szok niesamowicie zimna woda) rum, sztok i spać. |
Dzień 6.
Pogoda nawet za ładna, na dzień dobry długi podjazd, szczyt i nagroda- długi zjazd.(w drodze powrotnej przekonaliśmy się, jaki długi) z pieśnią na ustach (przy piecu stoła, krupnioki grzoła…) mknęliśmy do celu oddalonego o około 170 km Robiąc po drodze małe przerwy na frytkobrania, posiedzenia >foto nr.41< itp. itd. Niestety, noc była szybsza od nas, brakło nam 11 km by dotrzeć do upragnionej słonej wody. Pierwszy widok Adriatyku >foto nr,.22<. Znaleźliśmy nocleg w ogrodzie jakiejś prywatnej posesji. |
Dzień 8 i 9.
To tylko formalność,11 km pękło jak bańka, dojechaliśmy do Koper, małe zwiedzanie, sesja >foto nr.24< rozbiliśmy obóz na polu kempingowym, bez, bagażu pomknęliśmy wąską ścieżką (ja pomknąłbym, ale z przepaści, gdyby nie tubylcy ).>foto nr.27< potem to tylko morze, my i plaża. Tak spędziliśmy dwa dni, piwo, żarcie i totalne lenistwo >foto nr.38<. Na koniec drugiego dnia podjęliśmy decyzję, że wracać będziemy przez Balaton na Węgrzech. Po małej imprezie zapoznawczej na kempingu z krajowcami, poszliśmy spać. |
Dzień 10.
Wstajemy "bardzo" wcześnie, około 9 rano, obraliśmy kierunek Maribor. Tej drogi nie opisuje,bo to samo ino, że na odwrót. Chyba, że ktoś chce, jeszcze raz, więc wyruszyliśmy…kukurydza……żartowałem;-}
Dzień któryś tam (a było ich ze 14 ogółem) Dojechaliśmy do Węgier, jakoś tak inaczej niż na Słowenii- język to !@#$%$%^*(^&$%!#$%.no i ceny wiele niższe. Tu zaszaleliśmy na maxa, obiady w restauracjach itp. Nad Balatonem wylądowaliśmy w miejscowości Kaszthely, ładne miasto, deptak, pałac, dożo turystów (przede wszystkim Niemcy) Niestety woda w Balatonie z tej strony była zasyfiona. Nocleg załatwiony na polu kempingowym, dwie osoby+namiot=40zl. Za tą cenę można było korzystać z dwóch basenów, kortów tenisowych. pełny wypas. Na drugi dzień, ze względu na czas postanowiliśmy wracać pociągiem do domu kilkoma przesiadkami przez Gyor(tu ostatnia wyżera), do Bratysławy, Żyliny, Zwardoń, Katowice i wreszcie Zabrze. Powrót pociągami zajął nam dwa dni. Granice przekraczaliśmy rowerami, bo taniej niż pociągiem. Mała ciekawostka; na Węgrzech w każdym pociągu jest specjalny wagon dla rowerów, każdy wie jak to jest z tym "upierdliwym" dla niektórych bagażem. Tak oto zakończyła się wyprawa wakacyjna na bikach. Gdzie za rok? Pożyjemy, zobaczymy. Kilka propozycji już padło np.: Anglia, Szwecja i dalej, Turcja, Karpatia (Polska południowa, Czechy ,Słowacja i Ukraina) |
 |
 |
 |
|
|
| 1 |
6 |
9 |
|
 |
 |
 |
| 11 |
15 |
22 |
 |
 |
 |
|
|
| 24 |
27 |
38 |
|
 |
41 |
|
UCZESTNICY Z ZABRZA
ROBERT P.>JERZU< POSKRAMIACZ SCOTTA TAMPIKO 02R.
SEBASTIAN M.>LOKI<POSKRAMIACZ MERIDY BIG AIR 01R.(SKŁADAK)
STAN LICZNIKA-1557 KM W 11 DNI
ADRIATYK OSIĄGNIĘTY PO 6 DNIACH-900KM.
WYPRAWA TRWAŁA 14 DNI
ZACHACZYLISMY 5 KRAJÓW-CZECHY,SŁOWACJA,AUSTRIA,SŁOWENIA,WĘGRY.
USTERKI-MERIDA WYMIANA PEDAŁÓW{16000km.używania}
SCOTT MAŁY LUZ NAKRĘTKI SUPORTU
TEKST:SEBASTIAN M.>LOKI< nr.kontaktowy-+48 602-426-568 |
|
|